„Marsz to lot spadochronem”. Wywiad z Janiną Dyl-Kehl

DEKODER: Co było powodem przyłączenia się do KODu?

JANINA DYL-KEHL: To, co PIS zaczął wyprawiać z „dobrymi zmianami” oraz obsada ministerstw tymi, którzy mieli być odsunięci i których najbardziej się obawiałam: Ziobro i Macierewicz. Strach o dobro, które w Polsce zaczęło być widoczne od kilkunastu lat, o dostęp do różnych dóbr: konsumpcyjnych, kulturalnych, możliwość podróżowania bez przeszkód po niemal całej Europie.

A najbardziej strach o moje dzieci, które urodzone w 1986 i 1989, więc rosnące w wolnej Polsce.

Starsza otwierała reformę edukacji, z młodszą w brzuchu głosowałam w szpitalu 4 czerwca 1989 roku.

Uczyłam je, że jak będą pracowite, uczciwe to będzie dobrze. Skończyły bezpłatne, dobre studia, studia podyplomowe. Dorabiały od matury, wyjeżdżały za granicę. Nie myślały nigdy o emigracji, nie szukały długo pracy. Pracują, nieźle zarabiają. Byłam szczęśliwa, że nie musiałam uczyć je jak kombinować. Dziś, tak się stało, że obydwie są ze mną w KOD.

D: Co sprawia, że wciąż działasz w KOD?

J. D-K: To, że PIS jest wciąż przy władzy a „dobra zmiana” jest coraz straszniejsza. Zabierają jednym, żeby dać innym. Niszczą demokrację.

D: Jak myślisz, czy KOD zmienia ludzi?

J. D-K: Ja zawsze reagowałam na zło, interweniowałam w sprawach lokalnych, działałam w organizacjach lokalnych i chyba tacy ludzie są przede wszystkim w KOD, niezamykający się we własnych sprawach.

D: Uczestniczysz w wielu akcjach KOD i namawiasz do działania innych ludzi. Skąd czerpiesz na to energię?

J. D-K: Z pierwszego wydarzenia – protestu rotacyjnego pod Trybunałem Konstytucyjnym 3 grudnia. Byłam tam 4 godziny, poznałam osobiście Mateusza Kijowskiego, Andrzeja Miszka i Krzysztofa Łozińskiego oraz zobaczyłam ludzi pogodnych, z jasnymi twarzami, życzliwymi uśmiechami, a po drugiej stronie wejścia złe, wykrzywione nienawiścią twarze pod przewodnictwem redaktor Stankiewicz, krzyczące: „Sędziowie-gangsterzy!”

A jeszcze wcześniej 29 XI czytałam Konstytucję z „Gazetą Wyborczą” w Księgarni Hiszpańskiej we Wrocławiu.

D: I to dało Ci energię i motywację do dalszego działania?

J. D-K: Energię czerpie się z bycia we wspólnocie KODowskiej. Mówię, ze każde wydarzenie jest dla mnie jak dializa dla nerkowca. Tak – bo z takimi wspaniałymi ludźmi chce się żyć i coś robić. Podsycamy w sobie wzajemnie wiarę, że musimy doprowadzić do tego, aby znowu było normalnie.

D: A która forma działania odpowiada Ci bardziej: manifestacje, czy happeningi? A może jeszcze inne?

J. D-K: Nie opuściłam żadnego wydarzenia KODu, bo taki mam obowiązek – wobec siebie, dzieci i przyszłych wnuków. Robię to po to, bo chcę żyć w normalnym kraju. Marsz to taki lot spadochronem: mega energia, a happening to normalny samolot, ale samo wydarzenie ciekawe i edukacyjne, więc warto być, uczestniczyć.

Te zabawy w ubiegłą niedzielę z dziećmi też były fantastyczne (ukłon dla pomysłodawcy). Może takimi działaniami przekonamy innych, że jesteśmy ludźmi chcącymi się też bawić.

Zbieranie podpisów to też jakąś forma przekonania do nas – KODu: liczne rozmowy, mówienie o naszych racjach twarzą w twarz. Może to niewiele, ale kropla drąży skałę.

D: A co było inspiracją do zainicjowania przez Ciebie akcji wspólnego wychodzenia do teatrów, czy Narodowego Forum Muzyki na koncerty? Jak wpadłaś na ten pomysł?

J. D-K: Miałam bilety na „Trzech muszkieterów” do Capitolu na 25 stycznia, zaraz po naszej manifestacji. Okazało się, ze córka nie może pójść, więc szukałam komu by te bilety odstąpić. Wziął je znajomy z KODu Poprosiłam, aby napisał, czy mu się spodobało. Napisał mi, że hymn o wolności, który jest śpiewany w przedstawieniu, powinniśmy wszyscy odśpiewać z aktorami, wykupując np. cały balkon. Natychmiast zarezerwowałam 200 miejsc. A do wyjścia na przedstawienie „Śmierć i dziewczyna” do Teatru Polskiego zainspirował mnie minister kultury – Piotr Gliński, chcąc zdjąć tę sztukę z afisza.

W sumie byliśmy w 95 osób w Capitolu i w 135 w Teatrze Polskim. Potem była opera Krzysztofa Pendereckiego „Raj utracony” i znowu Capitol – „Po burzy Szekspira” Agaty Dudy-Gracz. Teraz będzie teatr w Legnicy i sztuka pt. „Hymn narodowy” oraz dwa nowe wydarzenia: Teatr Współczesny i Narodowe Forum Muzyki.

D: Wynika z tego, że uwielbiasz teatr i potrafisz tą pasją zarazić innych. Dlaczego warto chodzić do teatru? Jak przekonujesz do tego innych?

J. D-K: Dzięki wyjściu do Capitolu poznałam Pana Wojtka – inspicjenta, KODera i on zorganizował nam zwiedzanie teatru, pomaga czynnie przy zbieraniu tam podpisów pod Obywatelskim Projektem Ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Korzystam pełnymi garściami z różnorodności kulturalnej Wrocławia – grzech nie korzystać. Wiec jak sobie kupuję bilet, to mogę i 100 innym osobom. Jak raz pójdą, to będą chcieli chodzić ciągle. Poza tym, dzięki wspólnym wyjściom do teatru, opery i na koncerty integrujemy się, a ludzie lubiący się razem zdziałają więcej.

D: Jakiej Polski życzyłabyś swoim dzieciom, wnukom?

J D-K: Takiej jak była przed 25 października: idącej do przodu, przewidywalnej, tolerancyjnej, otwartej na świat.

D: Czy masz jakieś motto życiowe?

J. D-K: Ostatnio spodobał mi się wpis Andrzeja Eckhardta pod notką o pikniku KODowskim:

No, i co tak powstaje? Naród, anty-naród czy po prostu samotni w tłumie zamieniają sie w społeczeństwo” Ci „samotni w tłumie zamieniają się w społeczeństwo”- bardzo mi się spodobało. To jest właśnie cała prawda o KODzie.

Janina Dyl-Kehl – działaczka wrocławskiego KODu od samego początku. Karmiąca wszystkich dolnośląskich KODerów wyrobami własnego pomysłu (z których najsłynniejsze są chyba „kulki Janiny”). Zawsze z nieodłącznym psem, którego kocha nie mniej, niż męża i dwie córki.

Dodaj komentarz

Możesz również polubić…